Kiedy 15 lat temu przygotowywałam się do ślubu, długie tygodnie poprzedzające to wydarzenie były bardzo, bardzo stresujące. Im bliżej było godziny zero, tym bardziej miałam wszystkiego dość i marzyłam tylko o tym, by wszystko już się skończyło. Podobnie było z premierą książki “Don’t stop me now, czyli zrobiłam biznes i co dalej?”…

Jednak kiedy rzeczywiście już było po wszystkim, zarówno w jednym, jak i w drugim przypadku pomyślałam sobie: Chciałabym jeszcze raz. I o ile za ślubem może nie być tak łatwo, o tyle z premierą… no dość powiedzieć, że niekoniecznie musi to być ostatnia. Zanim jednak zacznę snuć wielkie plany i marzenia, opowiem Ci o kulisach tej, która miała miejsce w ostatnią sobotę, 14.12.2019 r.

Wolisz wersję douszną? Posłuchaj… (podpowiem tylko, że obie wersje nieco się różnią, więc tym razem warto i poczytać, i posłuchać).

Dlaczego w ogóle zdecydowałam się na premierę książki “Don’t stop me now, czyli zrobiłam biznes i co dalej?”

Przede wszystkim, i tutaj muszę Ci zdradzić mały sekret, tej premiery miało nie być. Podobnie jak w przypadku “Rzuciłam pracę i co dalej?” nie planowałam wielkiej fety, oficjalnego spotkania, przedstawienia książki itd. Wielkie spędy ludzi zawsze sprawiają, że czuję się niepewnie (jak to introwertyk) i raczej trzymam się rękawa znajomych osób (najczęściej panów 😉 ), niż bryluję wśród publiczności.

Jakoś nie mogłam sobie wyobrazić siebie w centrum zainteresowania — a co do zasady taka jest idea spotkań autorskich. I prawdę powiedziawszy, po dziś dzień nie wiem, co mi do łba strzeliło, żeby jednak zmienić zdanie ;). To chyba był kolejny z tych impulsów w moim życiu. Wiesz, z gatunku tych, co budzisz się rano z jakąś natrętną myślą i koniecznie musisz zrealizować to, co sobie wymyśliłaś.

Dokładnie na takiej zasadzie napisałam pierwszą książkę, potem e-book “Jak sprytnie przejść z etatu na własną działalność” oraz… postanowiłam zorganizować premierę. Miejsce na nią też wybrałam nieprzypadkowe (i w ogóle nie brałam pod uwagę żadnego innego — gdyby w Teksturze powiedzieli mi, że pierwszy wolny termin jest na lipiec, pewnie bym się i tak zgodziła). Dlaczego? A to już dłuższa historia, którą opowiem Ci, gdy kiedyś spotkamy się osobiście.

Jak więc sobie umyśliłam, tak też zrobiłam, a żeby nie móc się wycofać, z miejsca zaczęłam działać. Zarezerwowałam kawiarnię, powiedziałam mężowi i… złapałam się za głowę. Co ja najlepszego zrobiłam?

“Na tym wieczorze to chyba będziesz tylko ty, rodzina i może pies. Wiesz, że do tej knajpy można iść z psem?”

Mniej więcej w tę stronę pobiegły moje myśli, a zaraz za nimi słowa, po których mąż znacząco popukał się w czoło. Cóż jednak było robić. Słowo się rzekło, kobyłka u płota. Zabrałam się za organizację. Zamówiłam catering, prezenty niespodzianki do książek i… uświadomiłam sobie, że książka to w zasadzie tylko jest napisana. Ani nie jest złożona, ani nawet nie jest wydrukowana, a termin grudniowy nie wróży szybkim realizacjom ze strony drukarni.

No właśnie! Termin grudniowy. Czy wydanie pierwszej książki nic mnie nie nauczyło? W grudniu to się piecze pierniczki, sprząta i dekoruje dom na Święta, a nie organizuje imprezy. Kto przyjdzie i spędzi cały wieczór na pogaduchach niecałe 2 tygodnie przed świętami! Trzeba być niespełna rozumu, żeby tego nie wiedzieć. Well…

Teraz już wiesz, dlaczego w ogóle się stresowałam. 😉 Przyznaję, termin to był mój najmniejszy problem. Zwłaszcza że dosłownie kilkanaście dni wcześniej drukarnia, której powierzyłam moje dziecko, zdążyła z innym wydrukiem niemal na ostatnią chwilę. Koszmary senne dręczyły mnie przez cały miesiąc. W jednych siedziałam sama pośrodku pustej sali zawalona toną książek, pełnych błędów składu i nie tylko. W innych w tłumie ludzi musiałam gęsto się tłumaczyć, dlaczego nie będą mogli jeszcze przez 2-3 miesiące kupić książki.

Że nie zwariowałam tak do końca, to naprawdę jest dziwne. Chociaż…

Im bliżej godziny zero, tym więcej fakapów na drodze

Po długiej i namiętnej walce ze składem, tysiacach telefonów do drukarni, w końcu nadszedł ten dzień, kiedy kurier miał przywieźć książki. Pech chciał, że Potworek złamał rękę i na dzień dostawy mieliśmy wyznaczoną wizytę u chirurga. Znasz zapewne realia polskiej służby zdrowia. Na kolejną wizytę mogliśmy się nie doczekać. Ręka z pewnością by się zrosła.

Kuriera przydybałam w samochodzie, już wyjeżdżając z osiedla. Kątem oka w bocznym lusterku przyuważyłam charakterystyczne niebiesko-pomarańczowe logo. Zawróciliśmy z piskiem opon. Muszę przyznać, że kurier był zachwycony. Ucieszył się jeszcze bardziej, kiedy dowiedział się, że te piekielnie ciężkie paczki (wiem, co mówię — sama niosłam na górę), musiałby wnieść na drugie piętro. A tak tylko z bagażnika do bagażnika siup… No, takie bardzo ciężkie siup.

Czekamy…

Cały tydzień przed premierą odbierałam telefony, w których rodzina, znajomi i obce osoby informowali mnie, że bardzo im przykro, ale… coś wypadło, babcia jest chora, bardzo chcieli przyjechać, dziecko ma zapalenie ucha… W pewnym momencie przestałam liczyć. W zasadzie mogliśmy z mężem posiedzieć sami przy tym cateringu. Zawsze to okazja, by wyrwać się z domu… Na duchu podniósł mnie #teampwd – My będziemy!

Dzień przed premierą uświadomiłam sobie, że… ja tej miejscówki to na oczy nie widziałam. Wypadałoby pójść i chociaż zobaczyć, jak tam wygląda i gdzie będę wygłaszać ten speach, prawda? Niestety do samego dnia premiery nie udało mi się dotrzeć na miejsce. Najpierw nadmiar zajęć, potem nadmiar samochodów w korkach, nadmiar zajętych miejsc… Kiedy pięćdziesiąty raz objeżdżałam w sobotę z rana poznańską dzielnicę Jeżyce w poszukiwaniu miejsca parkingowego, bliska byłam stwierdzenia, że… w nosie to mam, nie będzie żadnej premiery!

Tak, to był bardzo spokojny czas oczekiwania. 😉

Już czas…

Aż wreszcie przyszedł ten dzień, ten wieczór, ten czas… I po raz kolejny życie mnie zaskoczyło i zagrało na nosie. Na premierę przyjechał nie tylko mąż, nie tylko #teampwd, ale także moi wspaniali klienci, przyjaciele, przedsiębiorcy, początkujące i aktywnie działające wirtualne asystentki.

To był wieczór pełen emocji, wzruszeń, długich rozważań o przedsiębiorczości, tworzeniu strategii, budowaniu marki. Opowieści o książce przeplatały się z opowieściami o biznesowych zmaganiach moich klientów, o planach, rozwoju i delegowaniu. Bo w tym delegowaniu właśnie leży clue wszystkiego — to dzięki niemu Twój biznes ma szansę na niepowtarzalny wzrost. Jeśli tylko zrozumiesz, że z drugą osobą jesteś w stanie zajść znacznie dalej i jeszcze bardziej rozwinąć skrzydła.

Jestem niezmiernie wdzięczna wszystkim osobom, które były ze mną tego dnia. Wirtualnie i realnie. Dziękuję za Waszą obecność, smsy, telefony, wsparcie fizyczne i duchowe. Dziękuję, że jesteście.

PS Dzisiejszy wpis nie do końca zgrywa się z wersją słuchaną — jest znacznie bardziej rozbudowany, ale wiesz, jak to jest… kiedy się denerwuję, zaczynam mówić z prędkością karabinu maszynowego. I pisać też. W końcu tak napisałam dwie książki… 😉


Dziękuję Ci, że poświęciłaś swój czas na przeczytanie i/lub przesłuchanie tego tekstu. Jeśli interesuje Cię praca Wirtualnej Asystentki, praca na freelansie, skuteczny home office i skalowanie biznesu – pozostańmy w kontakcie:

Polub mój fanpage na FB

Obserwuj mój profil na Instagramie

I na LinkedIn też 🙂

Zawsze też możesz do mnie napisać, jeśli masz jakieś pytanie >> KLIKAJĄC TUTAJ

Karolina