FREELANCER NA L4

CHOROWANIE JEST DLA SŁABYCH

Do napisania tego wpisu skłoniło mnie oczywiście… życie. Tyle się mówi o wolności w pracy freelancera, o tym, czego to on nie może i jak ma lepiej od pracownika etatowego. Tymczasem freelancing ma również swoje ciemne strony i jest nią między innymi chorowanie. Czy freelancer może sobie pozwolić na zwolnienie lekarskie?

Zacznijmy od tego, że część przedsiębiorców dobrowolnie rezygnuje z opłacania składki chorobowej, czyli tej, która uprawnia nas potem do starania się o zasiłek chorobowy z tytułu niezdolności do pracy. Jednym słowem z tych pieniędzy, które ZUS powinien nam wypłacić, kiedy jesteśmy chorzy. Składka ta nie jest wysoka w skali wszystkich składek, które oddajemy naszemu wspaniałemu ubezpieczycielowi, ale spora część osób woli nie pakować kolejnych pieniędzy, z których nie skorzystają, w niebyt. Co zatem robią, kiedy nadciąga zdradliwa choroba?

Działanie na zwolnionych obrotach

Jakby tego nie nazwać, mało który właściciel małej firmy decyduje się dobrowolnie nie pracować, kiedy może sobie przeorganizować ten czas pracy. Bo prawda jest brutalna, nie pracujesz, nie zarabiasz i tyle. Niezależnie od tego, czy idziesz na urlop, zwolnienie lekarskie, czy po prostu robisz sobie dzień wolny, brak pracy równa się w dużej mierze brakowi pieniędzy.

To jest niestety jedna z tych ciemnych stron przedsiębiorczości. Zachwyceni wolnością, jaką daje nam prowadzenie własnej firmy często o niej zapominamy i budzimy się z ręką w nocniku.

Jak wygląda zwolnienie lekarskie przedsiębiorcy?

Prawdę powiedziawszy, nie mam pojęcia. Czy jest druczkiem zielonym, niebieskim, czy pomarańczowym, nie wiem, ponieważ na oczy go nigdy nie widziałam. Wynika to może po części trochę z faktu, że stosunkowo rzadko choruję, po części natomiast też z tego, że zwyczajnie nie zdecydowałam się nigdy po ten środek sięgnąć.

Kiedy więc w zeszłym tygodniu dopadła mnie choroba, zdecydowałam się zrobić dokładnie to, co zrobiłoby większość osób na moim miejscu. Zapakowałam się do łóżka, obstawiłam baterią leków, gorących i chłodnych napojów i rozpoczęłam proces wyciągania własnego organizmu z tego stanu odrętwienia. Z tą różnicą, że razem ze mną do tego łóżka zawędrował laptop, planner, notes i kilka kolorowych długopisów. Krótko mówiąc, przeniosłam swoje mobilne biuro na kanapę do salonu. Nie do końca przepadam za tym stanem, ale mus to mus.

Pracuj tyle, ile absolutnie musisz

Kolejny krok to było wybranie tych zadań, które absolutnie muszą zostać zrealizowane w danym tygodniu i przy których nie mogę sobie pozwolić na odpuszczenie. Na szczęście nie było ich tak dużo, część udało mi się oddelegować i mogłam w spokoju względnym zająć się chorowaniem. A raczej procesem ozdrowieńczym.

Nie jest to może najszczęśliwsze rozwiązanie, ale pozwala upiec dwie pieczenie na jednym ogniu, czyli trochę być w ciąży, a trochę nie. Tfu, trochę chorować, a trochę jednak odpoczywać. Oczywiście najlepiej dla mnie byłoby, gdybym odpuściła na kilka dni, ale niestety nie zawsze się tak da. Odpuściłam więc to, co mogłam, a reszta przyszła sama.

Czy takie działanie jest rozsądne?

A czy życie jest rozsądne? 😉 No oczywiście, każdy wie, że jak człowiek jest chory, to powinien w tym łóżku wylądować i się leczyć, a nie zgrywać bohatera. Z drugiej strony przeziębienie to nie jest choroba, która uniemożliwia nam wszystko. Owszem, człowiek z reguły czuje się parszywie, ale po zażyciu paru magicznych tableteczek jest w stanie funkcjonować. I to całkiem sympatycznie. Może nie w 100%, ale tak w 75 :).

Jeśli zatem nie możesz sobie pozwolić na odpuszczenie wszystkiego, zrezygnuj z tego, co możesz. Czasem wydaje nam się, że bez nas zawali się świat. Nie zawali się. Może trochę zadrży w posadach, a i to nie zawsze. Dlatego mimo wszystko warto jest zwolnić choć na moment tempo, by potem z większą werwą i energią zabrać się do realizacji zadań.

A w ogóle to życzę Ci samego zdrowia i żebyś nie miał, nie miała tych dylematów w ogóle, o!