ROK Z ŻYCIA POCZĄTKUJĄCEGO FREELANCERA

W ostatnim wpisie blogowym dzieliłam się tym, że niedawno minął rok, odkąd postanowiłam coś zmienić w swoim życiu. W zasadzie nie coś, a bardzo dużo nawet. Tak naprawdę, jak na to spojrzeć dokładniej, to wywróciłam je sobie do góry nogami. A co! W końcu raz się żyje podobno. Jak wyglądał mój rok z życia początkującego freelancera? Jak zaczęłam zdobywać klientów? I jak doszłam do momentu, w którym rozglądam się za moim własnym zespołem i pilnie obserwuję, obserwuję, obserwuję… Całkiem jak Big Brother 😉 Ano zobaczmy 😉

Ponieważ należę do wielu grup na Facebooku dla osób przedsiębiorczych, prowadzących własną działalność, chcących otworzyć firmę itp., w tym kilku grup dla wirtualnych asystentek, zauważyłam że nagminnym problemem i pytaniem, które wraca jak bumerang jest: jak zacząć? I jak znaleźć pierwszego, i drugiego, i następnego, i każdego kolejnego klienta? Osobiście jednak skupiłabym się nie tylko na temacie, jak go zdobyć, ale też na tym, jak go utrzymać. Oraz czy go utrzymać warto…

MÓJ PIERWSZY KLIENT

z górki

Znalezienie tego pierwszego jest zazwyczaj krokiem milowym. Dodaje pewności siebie, dodaje skrzydeł. A jeśli współpraca się układa, można powiedzieć, że jest już lekko z górki. Może nie całkiem z Giewontu, ale jednak 😉

Mój pierwszy klient był chyba najgorszym możliwym typem klienta. Upierdliwym, zrzędliwym, wiecznie niezadowolonym i chcącym więcej. Przy czym nie do końca wiedział, czym jest to “więcej”. I najgorsze z najgorszych – nie płacił mi ani grosza za moją pracę. Byłam nim ja sama 😉 Uwierz mi, nie ma nic gorszego niż mieć siebie samego za klienta. Z jednej strony.

Z drugiej jest to haj lajf – można się uczyć, można testować, można popełniać błędy. Ja w ten sposób zbudowałam najpierw bloga (a nawet kilka), następnie stronę na Facebooku, założyłam konto na Instagramie i sprawdzałam, co działa. I co nie działa. A przy tym poznałam również samą siebie i dowiedziałam się, co lubię robić najbardziej. Jakie zadania sprawiają mi przyjemność i na tej wiedzy postanowiłam zbudować swoją firmę.

NO DOBRZE, ALE CO DALEJ?

Tak naprawdę to wcale nie miałam zamiaru pójść w kierunku wirtualnej asysty. Marzyło mi się pisanie bloga, książek i robienie literackiej kariery. Skoro inni mogą, skoro na rynku pojawia się tyle książek, które spokojnie mogłabym napisać sama, to dlaczego nie spróbować? Ano dlatego, że wirtualna asysta sama przyszła do mnie. I pochłonęła mnie do tego stopnia, że postanowiłam zgłębić temat.

Jednakże jedno drugiego nie wyklucza i może kiedyś tę książkę napiszę 😉

Tu jednak wraca temat: skąd wziąć tego pierwszego prawdziwego klienta? Ja miałam to szczęście, że dzięki działaniom blogowym zostałam zauważona przez innych. I kiedy na poważnie zainteresowałam się zawodem wirtualnej asystentki, klient przyszedł do mnie sam. Jednak nie zawsze tak jest i dobrym sposobem jest współpraca z osobą, która już działa w tej branży i weźmie Cię pod swoje skrzydła. Będzie Twoim mentorem, nauczycielem, drogowskazem.

Oczywiście, da się do wszystkiego dojść samemu – jestem tego przykładem – ale jednak mam wrażenie, że ucząc się od kogoś, jest to znacznie prostsze.

CZY ŁAPAĆ SIĘ KAŻDEGO ZLECENIA?

Na początku popełniłam ten błąd. Choć nie, w zasadzie nazwałabym go dziś inaczej – odrobiłam tę lekcję. Chwytałam się każdego zlecenia, jakie do mnie przyszło. Odpisywałam na każde ogłoszenie. Nie odmawiałam nikomu. Ponownie miałam naprawdę masę szczęścia – z wieloma klientami jestem do dziś i bardzo sobie chwalę pracę z nimi.

Zdarzały się jednak mniejsze i większe wpadki. O nich może napiszę kiedy indziej, bo to jednak temat rzeka. Najważniejsze to wyciągać z takich lekcji wnioski.

A JAK ROZWINĄĆ DZIAŁALNOŚĆ?

Odpowiedzią są w zasadzie dwa słowa: systematycznie i cierpliwie. Krok po kroku realizować swój cel. I nie poddawać się mimo porażek, mniejszych lub większych potknięć. Czy były momenty, w których chciałam się wycofać? Nie. Ale były takie, kiedy płakałam z bezsilności z powodu klienta. I ostatecznie wycofywałam się ze współpracy z nim wiedząc, że będę musiała pracować trzy razy ciężej, by nadrobić tę stratę.

A mimo to nie żałuję żadnej z tych lekcji. Bez niej nie było by mnie tu i teraz 🙂

Ps. Jeśli i Ty masz ochotę zostać WA, zapytać o coś, porozmawiać – napisz do mnie! Chętnie pomogę, bo wiem, jak ważne jest, by mieć wsparcie w drugiej osobie.